Monday, September 17, 2012

BnO - sport czy totolotek?

Drugi bądź trzeci raz w historii istnienia mojego bloga decyduję się na napisanie notki w języku polskim. Dzięki temu będę mógł o wiele lepiej wyrazić moje opinie oraz (mam nadzieję) dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Muszę przyznać, że jeszcze rzadziej piszę post w dniu powrotu z trzydniowych zawodów (jeśli się nie mylę - pierwszy raz), jednak wzoruję się tutaj ewidentnie na Karolu Galiczu, ponieważ chciałbym jak najmniej rzeczy pominąć i poruszyć wszystkie frapujące mnie zagadnienia. A sytuacja (dokładniej: sytuacje), która miała miejsce w miniony weekend podczas II rundy Klubowych Mistrzostw Polski, w mojej głowie się najzwyczajniej nie mieści.

Zacznę chronologicznie od sprintu. Teren i mapa zawodów dobrze znana przed zawodami, co na szczęście nie przeszkodziło organizatorom w ułożeniu ciekawych, SPRINTERSKICH (dzięki pominięciu części syfiasto-leśnej, którą byli nękani uczestnicy OOM kilka lat temu) tras. Świetnym posunięciem było również oznaczenie na mapie niemal wszystkich płotów jako te "nie do przejścia", dzięki czemu wariantowość wzrosła kilkukrotnie i główną trudnościa było nie przeskoczenie płotu, a wybór najwłaściwszej drogi do kolejnego PK - i o to chodzi! Czasy zwycięzców również w limicie, więc w kwestii nawigacyjno-biegowej nie można było się naprawdę do niczego przyczepić.
Niestety jest jeszcze aspekt fair play. Aspekt, którego przestrzegać winien każdy zawodnik z osobna, zaś nad którym generalnie winni czuwać sędziowie. Już w komunikacie technicznym dostępnym przed zawodami można było wyczytać, że podczas biegu sprinterskiego występować będą pola uprawne, których przekraczanie jest zabronione pod groźbą dyskwalifikacji. Miejsca te były naprawdę wyraźnie oznaczone na mapie (czerwonymi pionowymi kreskami). Na trasie zostali rozstawieni sędziowie (sędzia?), których zadaniem było spisywanie numerów zadowników łamiących powyższą regułę. Jestem jak najbardziej za takimi rozwiązaniami, ponieważ zasady są nie po to, żeby je łamać, ale właśnie i tylko po to, aby były przestrzegane. Do tej pory same plusy, prawda? Cóż, niestety od świetnych pomysłów do dobrego wykonania jeszcze długa droga. Z całą pewnościa na trasie znajdował się Sędzia Główny (później: SG), który skrzętnie zapisywał numery startowe osób później zdyskwalifikowanych. Mam jednak kilka zarzutów do pracy SG:
1 - dlaczego SG zmieniał co jakiś czas miejsce spisywania zawodników? Dlaczego Mietek przebiegający o 16:07 przez zakazane pole został zdyskwalifikowany, podczas gdy Jadwiga biegnąca tam kilka minut później uniknęła konsekwencji?
2 - dlaczego SG zapisywał również numery zasłyszane od zawodników po ówczesnym zapytaniu: "Jaki masz numer"? Skąd pewność, że osoba która dopuściła się przekroczenia pola uprawnego, nie dopuści się również kłamstwa (bądź zwykłej pomyłki)?
3 - po biegu zastanawiałem się, co by było, gdybym nagle dowiedział się, że jestem zdyskwalifikowany, będąc święcie pewnym, że żadnego haniebnego czynu się nie dopuściłem. I proszę, taka sytuacja spotkała zawodniczkę z naszego klubu - Alicję Ewiak, która nie postawiła na polu uprawnym nawet czubka palca. Co więcej, biegła tam z inną zawodniczką - Gosią Wichą, która zdyskwalifikowana NIE została i była skłonna potwierdzić niewinność Alicji. Jednak po złożonym przez nasz klub proteście dowiedzieliśmy się, że nie są potrzebni żadni świadkowie, ponieważ SG jest darzony bezgranicznym zaufaniem. Czyżby powyższy punkt nr 2 miał wpływ na dsq Alicji...?
4 - w ISSOM 2007 (International Specification for Sprint Orienteering Maps) czytamy, że symbol 709 Out-of-bounds area (czerwone pionowe kreski) jest 'forbidden to cross', czyli tłumacząc na nasz język ojczysty: "nie wolno go PRZEKRACZAĆ". Zastanawia mnie, co oznacza owe przekraczanie - czy jest to już nadepnięcie na zakazany obszar, czy może wbiegnięcie i wycofanie się w tym samym miejscu do dyskwalifikacji nie prowadzi? Sam tego nie wiem. Temat poddaję dyskusji.

W sobotę i niedzielę rozegrane zostały bieg średniodystansowy oraz słynne sztafety pokoleń. Jedną (iście szczególną) rzeczą, która łączyła obydwa powyższe biegi, była fatalnie wykonana mapa. Przytoczę tylko jedną z moich przygód na trasie biegu middle. Przebieg 2-3 w kategorii M21 - wedle mapy około 1cm, czyli 100m w terenie. Punkt nr 3 usytuowany na wyraźnym (wg mapy wyróżniającym się oczku wodnym) nie  wydawał się być aż takim wyzwaniem, jednak jego znalezienie zajęło mi około 6 minut. Z orientacją miało to niewiele wspołnego - było to zwyczajne "czesanie", a chyba nie o to w tym naszym pięknym sporcie chodzi? W poszukiwaniu wspomnianego PK pomagała mi silna grupa 6-7 osób, które bezradnie krążyły w kółko, próbując dopasować fantastykę (mapę) do rzeczywistości (teren). Gdy już myślałem, że punkt został zwyczajnie ukradziony (lub nawet niepostawiony), coś strzeliło mi do głowy, aby skierować się dalej na północ i odnalazłem feralny punkt o kodzie 33... jakieś 150-180 metrów od mojego poprzedniego PK. Jest to tylko jeden z przykładów - pozostałych po pierwsze nie chciałoby mi się wymieniać, bo notka zamieniłaby się w litanię, a po drugie nie mam tu na celu opisywania moich wrażeń z krążenia po trzetrzewickim lesie, tylko zwrócenie uwagi na to, jak niechlujna praca kartografa zamieniła dwa dni zmagań KMP w totolotek.
Godny uwagi jest również fakt, że na mapie ze sztafet widzimy: "aktualizacja - wiosna, lato 2012", zaś na mapie z biegu średniego: "aktualizacja - grudzień 2009". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mapy w sporej części się pokrywają. Czy mapy aktualizowano - nie wiadomo. Oczywiście, może to być zwykły drukarski chochlik bądź ludzka pomyłka. Co by nie było, nie wierzę, że teren w grudniu 2009 lub wiosną, latem 2012 aż tak znacząco różniłby się od tego, z którym przyszło nam się zmierzyć podczas KMP. Chodzi mi tutaj, rzecz jasna, o rzeźbę, której to na każdym kroku każą nam pilnować trenerzy, bo przecież legendy głoszą, że ona się nie zmienia. W Trzetrzewinie się zmieniła.
Wspomnę jeszcze pokrótce o rozmowie jednego z lepszych polsko-ukraińskich mapiarzy Kostii Majasowa z ww. kartografem. Otóż po wyrażeniu zażenowania poziomem mapy otrzymał odpowiedź, że w tych okolicach nie ma dobrych podkładów. Na co Kostia ze spokojem odrzekł: "We Lwowie robimy mapy z białej kartki". I tyle w temacie. Chcieć znaczy móc! Tylko trzeba chcieć.

Na koniec jeszcze jedno moje spostrzeżenie. Podczas pierwszych dwóch zmian dziennych (3. i 4. zmiana sztafety pokoleń) został ukradziony punkt numer 49. Znacznik na drzewie podobno był (nie jestem do końca przekonany, czy z kodem PK, czy tylko pomarańczowy, tekturowy prostokącik, ale nie o tym przecież mowa). Powstało wiele kontrowersji, co dalej z tym fantem zrobić. Sędzia Główny zadecydował anulować wspomniane zmiany i rozpocząć rywalizację startem handicapowym, poczynając od zmiany piątej. Spotkało się to z oburzeniem kilku osób (w tym trenera Śląska Wrocław, który zaraz miał rozpocząć swój bieg na czwartej zmianie) i nagle (po dosłownie kilkunastu sekundach) oznajmiono nam, że jednak "decyzją TRENERÓW" sztafety będą kontynuowane. Decyzja, która została ostatecznie podjęta, moim zdaniem, była słuszna, bo sytuacja, która miała miejsce, była bardzo losowa, zaś znacznik na punkcie nr 49 według organizatorów się znajdował (zatem zabezpieczenie PK na wypadek chociażby kradzieży było na miejscu). Jednak nie o tę decyzję mi tu chodzi. Panie Sędzio, tak się po prostu nie robi. Jak można ogłaszać podjęta (rozumiem, że po wcześniejszym poważnym zastanowieniu) decyzję, a za kilka chwil anulować, bo kilku osobom się to nie spodobało? Nigdy się wszystkim nie dogodzi, a sędzia w każdym sporcie jest po to, żeby mieć ten decydujący głos i rozstrzygać wszelakie spory. Życzę nam wszystkim i sobie, żeby takich sporów było jak najmniej oraz aby podejmowane przez SG decyzje były przemyślane i słuszne.

Żadnego podsumowania na koniec nie będzie, chciałbym jednak zaznaczyć, że naprawdę bardzo mi żal Witka Sochackiego - człowieka, który w organizację swoich zawodów wkłada całe serce i wszystkie swoje siły. Myślę, że co do tego nikt z nas nie ma wątpliwości. Raz się nie udało, ale nie poddawaj się, bo dobrze wiem(y), że stać Cię na bardzo wiele i zapewne Limanowa Cup 2013 będzie tego najlepszym przykładem!

P.S. Wszystkich komentujących prosiłbym o podpisywanie się. Komentarze anonimowe będą usuwane.

19 comments:

Anonymous said...

Ach Ci grzybiarze, musieli sobie zadać tyle trudu by wejść głęboko w las do głębokiego parowu i zabrać pkt i jak szybko tego dokonali.

Przepisy i prawo sobie a reszta sobie. Jak z tym walczyć?

Piotr Chmielecki

Pabich Tomek said...

Punkt 49 miał znacznik, ale bez numeru kodowego. Moim zdaniem numer kodowy na znacznikach powinien być, bo tylko wtedy można mieć pewność, że znalazło się dobry punkt. Mimo wszystko decyzja o kontynuacji zmagań moim zdaniem dobra.

Jak pisałem na moim blogu - mapa fatalna. Szkoda, bo już wielokrotnie zaznaczano, że to jest krytyczny czynnik sukcesu zawodów.

Odnośnie sprintu - moim zdaniem wejście na teren zakazany czy przekroczenie zakazanego obiektu jest równe z dyskiem, nawet jeśli osoba się zreflektowała i wycofała. Druga teoria, mówiąca, że jak się ktoś cofnął, to nie dość że nie zyskał, to jeszcze stracił ma sens, ale należy pamiętać o tym, że nie zawsze zakazane obiekty są zakazane dla utrudnienia. Czasem zwyczajnie są to elementy, na które nie wolno wchodzić, bo właściciel obiektu się nie zgadza i to trzeba szanować.jak ktoś wbiegł i się cofnął, to zdeptał 2 razy, więc podwójny dysk :P

W sprawie Ali się nie wypowiadam. Nie widziałem, nie znam się.

Anonymous said...

Ja myślę że całkiem dobrym pomysłem jest robienie zdjęcia zawodnikom łamiącym przepisy, w tym przypadku przekraczajcym zakazany teren, gdyż wtedy mamy niezaprzeczalny dowód winy i małe ryzyko pomyłki.
Wykluczamy jednocześnie możliwość dyskwalifikacji kogoś uczciwego przez podanie nie swojego numeru.

Michał Kordala

Pech13 said...

Dla mnie cała ta sytuacja z Alą jest wręcz groteskowa. SG nie dopuszcza faktu pomyłki (a mylić się jest rzeczą ludzką). Spisanych było wiele osób a numery podawane czasem były seriami i notowała je jeszcze inna osoba (prawdopodobieńtwo popełnienia błędu rośnie).
Można byłoby taki błąd łatwo wykluczyć, analizując sąsiednie spisane numery, ale po co. Świadek też nie jest potrzebny w wyjaśnieniu sprawy, bo SG wie, że zobaczył dobry numer,dobrze podyktował, druga osoba dobrze usłyszała i zanotowała. Właściwie mógł sobie zanotować każdy numer i zdyskwalifikować dowolną osobę, bo powołana komisja i tak wszystkiemu przytaknęła...


Tadziu said...

Lekko prowokacyjna noteczka, zachęta do komentowania, ciekawe czy coś pomogą te wystukane na klawiaturze słowa.
Obserwowałem tylko ostatni dzień zmagań (swoją drogą ZERO atrakcji dla postronnego kibica, zero spikera, zero wyników - wiesz tyle, ile sam zobaczysz na przebiegach widokowych).
Oby te KMP były przełomowe w historii polskiej orientacji. Orientacji przesiąkniętej do granic możliwości regulaminami i przepisami, które z powodu swej niebywałej liczności bywają interpretowane w dowolną stronę. Orientacji, która potrzebuje tabunów "sędziów", "kartografów", "budowniczych" tylko dlatego, że mają oni "uprawnienia". A na koniec najważniejsze - pobranie wynagrodzenia odpowiedniego do wykonanej funkcji - i do zobaczenia na kolejnych zawodach, które spierdolimy marną mapą i głównosędziowaniem.

Tadeusz Piłkowski :)

Anonymous said...

Aż żałuję że mnie nie było, z pewnością kupa śmiechu :)
Forbidden to cross - w bezpośrednim tłumaczeniu zakaz przekraczania, ale oznacza też zakaz wstępu

Drągu

Chrupek said...

Myślę, że organizatorzy zawodów w Polsce muszą się poważnie zastanowić nad zatrudnianiem Pana Marka Plicha jako sędziego głównego. Już nie pierwszy raz się zdarza, że podejmuje on dziwne decyzje, a do tego często zainteresowani dowiadują się o tym w ostatniej chwili. Rzeczowej argumentacji sędziego często trudno doświadczyć.
Co do mapy...
Dawno nie zdarzyło mi się biegać na tak niedokładnej mapie, a jeśli już biegałem to raczej na treningach (mapa miała wtedy od kilku do kilkudziesięciu lat)... Kartografowi powinno być wstyd za wykonanie takiej mapy i to jeszcze na zawody tej rangi. Człowiek później się tylko zastawia jaki jest sens męczenia się na treningach i dawania z siebie wszystkiego na zawodach, kiedy przyjeżdża się na zawody i błąka po lesie zastanawiając się co tym razem mapiarz zaznaczył, a czego nie zaznaczył na mapie...
Mam nadzieję że na nadchodzących MP będzie o wiele lepiej i tego wszystkim życzę.
Łukasz Gryzio

Łukasz Charuba said...

W przypadku niewielkich zakazanych obszarów (tak jak tutaj) i w przypadku niewystarczającej ilości sędziów (tak jak tutaj) dobrym rozwiązaniem byłoby otaśmowanie tych trzech pól dookoła. Wtedy z pewnością znacznie zmniejszyłaby się ilość osób, bo taśma to w końcu przeszkoda. Jeśli dobrze pamiętam, to na Limanowa Cup, na Górze Paproć, taka taśma była.

kajo said...

Witam... nic tu nie dodam a jedynie wyjasnie (jako wskazany w tekscie), ze jestem przeciwny liczeniu sztafet bez którejś zmiany czy zaliczania zawodow indywidualnych z pominieciem jakiegos przebiegu... i dopoki bede kierowal komisja regulaminow nie dopuszcze do takich rozwiazan... w moim przekonaniu wyjscia byly tylko dwa: uznac cale sztafety lub ich nie uznac... i oba sie bronily... dodam, ze byly mocne podstawy aby bieg uniewaznic, ale ogladajac finiszujace sztafety, emocje i radosc klubow ktore rzadko swiecily tryumf w tej konkurencji cieszę sie ze tak sie nie stalo...
... a teraz dlaczego jestem przeciwny przerywaniu sztafet gdy sa rozne zdania i watpliwosci.... pamietam oom gdy zdjeto w czasie biegu sztafete wielkopolski... byly odwolania i protesty... co zrobic gdyby w czasie wertowania przepisow w celu odpowiedzi na kolejne protesty ustalono, ze nieslusznie ich zdjeto?... jak wtedy wybrnac?
... pozdrowienia z drogi do ustki... zwlaszcza dla tych, ktorzy rowniez zaliczaja maraton 9 startow w 10 dni... podziu dzieki za frajde bucia niedogonionym na sprincie :)))

kajo said...

Witam... nic tu nie dodam a jedynie wyjasnie (jako wskazany w tekscie), ze jestem przeciwny liczeniu sztafet bez którejś zmiany czy zaliczania zawodow indywidualnych z pominieciem jakiegos przebiegu... i dopoki bede kierowal komisja regulaminow nie dopuszcze do takich rozwiazan... w moim przekonaniu wyjscia byly tylko dwa: uznac cale sztafety lub ich nie uznac... i oba sie bronily... dodam, ze byly mocne podstawy aby bieg uniewaznic, ale ogladajac finiszujace sztafety, emocje i radosc klubow ktore rzadko swiecily tryumf w tej konkurencji cieszę sie ze tak sie nie stalo...
... a teraz dlaczego jestem przeciwny przerywaniu sztafet gdy sa rozne zdania i watpliwosci.... pamietam oom gdy zdjeto w czasie biegu sztafete wielkopolski... byly odwolania i protesty... co zrobic gdyby w czasie wertowania przepisow w celu odpowiedzi na kolejne protesty ustalono, ze nieslusznie ich zdjeto?... jak wtedy wybrnac?
... pozdrowienia z drogi do ustki... zwlaszcza dla tych, ktorzy rowniez zaliczaja maraton 9 startow w 10 dni... podziu dzieki za frajde bucia niedogonionym na sprincie :)))

Zbigniew Malinowski said...

A ja, ku mojemu zdumieniu, muszę zgodzić się z Panem Tadeuszem Piłkowskim. Brawo, Panie Tadeuszu! Mimo iż formy, które Pan stosuje często mi nie odpowiadają to ujął Pan dokładnie to co ja mam na ten temat do powiedzenia. Mam wrażenie, że chce się u nas na siłę zrobić poważną sprawę z zabawy a w takich wypadkach wychodzi z tego śmieszność. Dlatego, w formie cichego protestu nie rejestruję się jako zawodnik i nie odnawiam swojej licencji sędziowskiej choć pewnie byłbym już ho, ho - może nawet sędziom klasy okręgowej albo międzygalaktycznej.


Zbigniew Malinowski said...

Zgadzam się również z Panem Łukaszem Charubą: jeśli dla zawodników jakakolwiek sytuacja mogłaby być wątpliwa to miejsce należy jasno wyznaczyć w terenie. Inaczej to jest po prostu zastawianie pułapki na uczciwych zawodników. Nieuczciwi i tak się przewiozą.

Zbigniew Malinowski said...

Nie wiem czy się zgadzam z Panem Kalikstem. Co do protestów i uznawania i nieuznawania to na poważnych imprezach powołuje się niezależne jury, złożone z ludzi którym się ogólnie ufa i to jury rozpatruje protesty. Rozpatrywanie protestów przez Sędziego Głównego (przeciwko któremu często są one formułowane) jest sprawą co najmniej dziwną.

Zbigniew Malinowski said...

I już na koniec taka "od czapy" refleksja: w sierpniu postanowiłem udać się na marsze na orientację. Ostatni raz startowałem w czymś takim chyba w 1988 albo 1989 roku. Nawet mi się spodobało. Doszliśmy z synem, zero punktów karnych, świetna zabawa. Aż do momentu kiedy zaczęło się coś o czym już zapomniałem: rozgrywki przystolikowe. Czyli ustalanie kto spieprzył i dlaczego i jaka powinna być punktacja i wyniki. W umiejętności marszu na orientację umiejętne składanie protestów jest bardzo ważną sztuką i może się okazać, że bez niej nic nie osiągniesz. Generalnie fatalny obraz.

Jak sądzicie, po co to opowiedziałem?

Anonymous said...

Co do sprintu. Generalnie moim zdaniem problem polegał na tym, że SG nie potrafił przyznać się do błędu. Jak dla mnie chciał po prostu "zabłysnać" i wlepić możliwie max liczbę NKL-i. Jak widać udało się, często niesłusznie. Przykład Piotrka Kruka, który również otrzymał NKL-a za to, że biegł po lewej stronie strumienia (tej od terenu zakazanego), jednak SG chyba nie wiedział o tym, że możliwość taka była (na mapie ok 1mm =3m od strumyczka do terenu zakazanego). Odpowiedź na tłumaczenie była prosta i krótka "nie ma o czym rozmawiać, przecież wiesz co zrobiłeś". Ale zawodnik i tak nie wiedział ;) Gdyby to był zawodnik z M12 to mógłbym uznać, że może nie do końca wie którędy biegł, ale mowa tu o zawodniku kategorii M-21.

Co do sztafet, słysząc decyzję o wyrzuceniu 2 zmian się po prostu roześmiałem. Komunikat był na tyle bezsensowny, że wiedziałem doskonale co się stanie za chwilę. I stało się, decyzja odwołana. Osobiście uważam, że słusznie.

O mapie nie wiele mogę powiedzieć, fakt faktem były niedociągnięcia, w niektórych miejscach dosyć spore, ale mi one tak bardzo nie przeszkadzały (nie miałem PK 33). Może dlatego że na takich mapach uczyłem się orientacji? ;)

Kaszub

Kruku said...

odnośnie sprintu mam kilka drobnych uwag. jestem za tym by dyskfalifikować osoby łamiące przepisy a sędziowie powinni znajdować się na trasie by wyłapywać takie osoby i je dyskfalifikować, ale sytuacja z KMP trochę jednak chyba przerosła sędziów ( albo sędziowie chcieli być bohateramitego sprintu), z samego biegu nie mogę być zadowolony i tak naprawdę było mi to obojętne czy bedę klasyfikowany czy nie bo czas był masakryczny. ale po tym jak zakończyłem bieg doszła do mnie informacja że zostałem zdyskfalifikowany, oczywiście chciałem dowiedzieć się za co i dostałem informację, że przebiegałem przez teren zakazany (pole uprawne) trochę dziwne bo z mapy wynikało że można poruszać się po lewej stronie strumienia przy terenie zakazanym ale widocznie sędzia nie zwrócił uwagi na ten drobny szczegół na mapie przed podjęciem decyzji o mojej dyskfalifikacji, odziwo jeszcze jeden sędzia widział mnie jak przebiegałem przez żywopłot przy pkt39 (drzewo przy żywopłocie), dziwne?! pewnie musiałem dotknąć ręką żywopłotu i sędzia zinterpretował to że złamałem jakieś przepisy, trochę mnie to zdenerwowało, bo wyszłem na jakiegoś "oszusta" oczywiście złożyłęm swoje oświadczenie ale nie było nawet o czym rozmawiać z sędzią głównym, który zapewne nie mógł i nie chciał się przyznać do swojego błędu. dla mnie ta sytuacja z tym polem to jest trochę dziwna, bo nie chce mi się wierzyć że tyle aż osób zostało spisanych, że łamią przepisy a większość miała przebieg poprowadzony przy tym polu a nie przez nie. z decyzją oczywiście się pogodziłem, ale jakoś się z tym źle czuje, że zostałem niesłusznie zdyskfalifikowany.dzi

robertzabel said...

Żyjemy w erze elektroniki i jak na razie tylko piłka nożna dzielnie opiera się wszelkim nowinkom. Skoro zawodnicy biegają z gps to w przypadku wątpliwości można sprawdzić z dokładnością do kilku metrów czy ktoś wbiegł na teren zakazany, czy też nie. Poza tym sędzia na zawodach rangi mistrzowskiej sędzia w lesie mógłby mieć na głowie kamerkę (gopro). Jeśli nie ma na to funduszy, to mogę pożyczyć :)

Pech13 said...

robertzabel said...

"...Skoro zawodnicy biegają z gps to w przypadku wątpliwości można sprawdzić z dokładnością do kilku metrów czy ktoś wbiegł na teren zakazany, czy też nie..."

Ale właśnie tutaj się rozchodzi o te kilka metrów, więc GPS nic by tu nie pomógł.

Precious said...

Gorgeous!